„Dzisiaj potrzebujemy kultury solidarności”. Rozmowa z dr. Jackiem Kołtanem wokół książki „Solidarność i nowoczesność”

Nagroda Splendor Gedanensis, finał Nagrody im. Marcina Króla, Nagroda im. Zygmunta Baumana oraz nominacje do dwóch kolejnych wyróżnień: Nagrody im. Jerzego Giedroycia oraz Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera. Wszystkie dotyczą tej samej książki: „Solidarność i nowoczesność. Przemiany pojęcia solidarności od rewolucji francuskiej do pokojowej rewolucji 1980 roku”, autorstwa dr. Jacka Kołtana, pracownika Instytutu Pedagogiki UG oraz Europejskiego Centrum Solidarności. Sukces monografii wskazuje na wagę oraz wyjątkowe ujęcie omawianego tematu. Czym jest solidarność? Jak zmieniało się rozumienie tego pojęcia na przestrzeni wieków, w różnych kontekstach historycznych i społecznych? Jakiej solidarności potrzebujemy współcześnie? Zapytaliśmy o to autora książki.

dr Jacek Kołtan

Karolina Żuk-Wieczorkiewicz: - Pana książka o przemianach pojęcia solidarności budzi szerokie uznanie, zbiera kolejne nominacje i nagrody. Skąd taki a nie inny wybór tematu?

Dr Jacek Kołtan: - Ponieważ pracuję także w Europejskim Centrum Solidarności, solidarność była dla mnie ważna z czysto zawodowego punktu widzenia. A że jestem z wykształcenia i z namiętności także filozofem, byłem bardzo ciekaw samej idei, tego, skąd się wzięła, co naprawdę oznacza. Solidarności przypisujemy wiele różnych znaczeń i sensów, nasze wyobrażenia o tym, co dobre i szlachetne, trochę też to pojęcie sentymentalizujemy. Zależało mi na tym, żeby ten wielki worek skojarzeń, bardzo różnych i czasem niesamowicie sprzecznych, jakoś uporządkować, tym bardziej, że - proszę mi wierzyć lub nie - niewielu przede mną próbowało.

- Solidarność bywa kojarzona również z innymi pojęciami…

- Termin „solidarność” bywa używany wymiennie z braterstwem, z dobroczynnością, z miłością bliźniego. Wydawało mi się jednak, że za tym terminem kryje się coś bardzo specyficznego, że kiedy używamy tego słowa, mamy coś bardzo charakterystycznego do powiedzenia światu: o tym świecie, o nas samych, o kształcie relacji międzyludzkich. Zależało mi na tym, żeby przyjrzeć się temu słowu w perspektywie historycznej: skąd się wzięło, jak się ukształtowało, jak zmieniało swoje znaczenia, jak zmieniały się wyobrażenia ludzi wokół tego słowa. Dlatego postanowiłem się przyjrzeć tym tekstom, w których termin „solidarność” wybrzmiewa w istotny sposób.

- Kiedy ten termin pojawia się w języku? Chodzi mi o najwcześniejsze przykłady.

- Ma on źródła w prawie rzymskim. Była taka instytucja w prawie cywilnym: obligatio in solidum, w którym ktoś, kto podejmował jakieś zobowiązanie, np. jakiś rodzaj kredytu, nie był jedyną osobą odpowiedzialną za spłatę tego kredytu, ponieważ takiej spłaty można było żądać również od członków rodziny, względnie współinicjatorów danego interesu. Wytworzyła się specyficzna formuła w prawie, mówiąca o tym, że „jeden i wszyscy” są odpowiedzialni za spłatę zobowiązania. Przypomina to słynną frazę z „Trzech muszkieterów”: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Ona ma swoje źródło w prawie rzymskim.

Zatem jeden i wszyscy wymiennie byli pociągani do realizacji pewnego zobowiązania prawnego. Z czasem łacińska formuła in solidum zaczęła się w języku francuskim zmieniać w „zobowiązanie solidarne”. Tam pojawił się przymiotnik „solidarny”, a później także rzeczownik.

- O jakiej epoce mówimy?

- Istnieją dokumenty, które pokazują, że taki przymiotnik funkcjonował w języku francuskim już w drugiej połowie XVI wieku (z czasem został on przeniesiony także do języka angielskiego). Później, już w XVII wieku, w tekstach prawniczych zaczął się pojawiać rzeczownik „solidarność”. I to było novum, nie było wcześniej takiego słowa w języku. Mamy więc do czynienia z terminem w rzeczownikowej postaci, który jest bardzo młody, ma nieco ponad 300 lat.

- Zaczęło się od terminologii prawniczej, z czasem jednak termin nabrał innego znaczenia.

- Wiąże się to z rozwojem klasy mieszczańskiej. W nowożytności (szczególnie w połowie XVIII w.) mieszczanie zaczynają zyskiwać coraz większe znaczenie. Powstaje coraz bardziej autonomiczna klasa społeczna, która domaga się praw obywatelskich i politycznych i która wnosi swoją własną mieszczańską kulturę. W przeciwieństwie do kształtowanej przez całe stulecia kultury arystokratycznej, ta kultura nie jest zainteresowana honorem, godnością, umieraniem czy rycerskością, tylko społecznym zaufaniem i pokojowym rozwijaniem interesów handlowych. Ważne stają się relacje, które mogą przynosić korzyści merkantylne, a wraz z nimi także rodzaj poczucia bezpieczeństwa.

Na tym tle zaczyna się coraz intensywniej używać pojęcia solidarności, które stopniowo odrywa się od kontekstu prawnego i zaczyna oznaczać relacje międzyludzkie: to, że możemy sobie wzajemnie zaufać, że w razie jakichś zbiorowych kataklizmów wszyscy są solidarnie odpowiedzialni za każdą jednostkę, że zobowiązujemy się pomagać sobie wzajemnie, że zarówno interes zbiorowości, jak i interes jednostki się równoważą. Termin „solidarność” zaczyna się więc emancypować z bardzo różnych kontekstów.

- Jakie to konteksty?

- Na przykład kontekst religijny, dotyczący miłosierdzia, czyli chrześcijańskiej caritas. Gesty miłosierdzia zawsze związane były z jakąś obietnicą metafizyczną, a ludzie wypełniali je, ponieważ realizowali w ten sposób boskie przykazania (za co czekała nagroda w niebie). Tymczasem miejscem solidarności nie jest wertykalna relacja niebo-ziemia, tylko relacja horyzontalna, międzyludzka. Innymi słowy, solidarność nie oczekuje metafizycznego spełnienia, ale wypełnienia na Ziemi, w stosunkach międzyludzkich. Stawką w tej grze jest szczęście, a nie zbawienie. Solidarność motywowana jest wykonywaniem solidarnościowych gestów ze względu na innych ludzi, a nie ze względu na religijny nakaz wobec nich.

Dlatego też to pojęcie w XIX wieku zaczyna być coraz silniej definiowane jako słowo, które opisuje narodziny nowoczesnego społeczeństwa. Do tej pory społeczeństwo składało się z trzech stanów - mieliśmy do czynienia ze stanem szlacheckim, duchowieństwem i podporządkowanym im stanem trzecim - pracującą ludnością. Wreszcie do gry weszło mieszczaństwo jako stan, który nie miał dotąd szczególnych praw politycznych. Mieszczaństwo zaczyna wykształcać własne relacje społeczne. Tworzy się coraz bardziej samodzielne społeczeństwo, które w końcu doprowadza do rewolucji we Francji w 1789 roku.

To społeczeństwo, które samo chce kształtować świat, definiować go i sprawować władzę polityczną, potrzebuje też nowego języka, wyemancypowanego z tradycji religijnej czy feudalnej. Pojęcie solidarności zaczyna coraz bardziej wypełniać zadanie opisu nowo kształtującego się świata. W połowie XIX wieku staje się już politycznym pojęciem, oznaczającym zdolność ludzi do zrzeszania się niezależnie od pochodzenia, więzów krwi itd. Pojęcie zostaje następnie przejęte przez robotników w związku z wielkimi rewolucjami przemysłowymi, pojawieniem się fabryk, masowym przepływem ludzi ze wsi do miast. Przy tym grupa ta nie zdaje sobie wówczas sprawy z tego, że jest istotnym aktorem społecznym na scenie politycznej i że bez walki o własne prawa nie ma szans na ich zyskanie. Kiedy Marks z Engelsem w słynnym Manifeście komunistycznym wzywają, by proletariusze zaczęli się łączyć, to w zasadzie wykuwają nowy wariant formuły solidarnościowej.

Okładka książki Solidarność i nowoczesność

- Pojęcie solidarności ma znaczenie również w kontekście praw kobiet…

- XIX wiek jest wiekiem walki ze skrajnym ubóstwem, zwłaszcza w środowiskach robotniczych. Chodzi wszak o ludzi pozbawionych wszelkich praw politycznych, że o własności nie wspomnę. W tym też czasie ruchy socjalistyczne, anarchistyczne czy komunistyczne intensyfikują użycie terminu „solidarność” w kontekście emancypacyjnym. Dzieje się to także wobec relacji między mężczyznami i kobietami - tak zwana „kwestia socjalna”, czyli sprawa radykalnego ubóstwa najniższych grup społecznych, dyskutowana jest jako nieodłączna od „sprawy kobiecej”. To są tezy stawiane przez pierwszych socjaldemokratów i socjaldemokratki: Wilhelma Liebknechta i Augusta Bebla (autora popularnej książki „Kobieta i socjalizm”), a przede wszystkim Clarę Zetkin i Różę Luksemburg. To one popularyzują użycie terminu „solidarność” w kwestii równouprawnienia kobiet. Stąd na przełomie XIX i XX wieku biorą się radykalne zmiany polityczne, a od drugiej dekady XX wieku - walka o prawa polityczne kobiet, w tym przede wszystkim o prawa wyborcze. Nie zapominajmy, że ostatnim krajem w Europie, który przyznał kobietom prawa wyborcze, był Liechtenstein w 1984 roku, a ostatnim miejscem w Europie, w którym przyznano kobietom prawa wyborcze był jeden z najbardziej konserwatywnych kantonów Szwajcarii - i to był rok 1990. To brzmi jak kiepski żart, ale jest niestety prawdą. To pokazuje oczywiście, że kwestia kobieca bardzo długo czekała na polityczne uznanie, a równouprawnienie kobiet i mężczyzn jest stosunkowo młodym i, mimo naszych entuzjastycznych przekonań o postępie, wcale nieoczywistym zjawiskiem.

- Solidarność, zwłaszcza w Polsce, ma również bardzo konkretne konotacje związane z ruchem „Solidarności” w latach 80. Czy ta solidarność, związana chociażby z wydarzeniami Sierpnia 1980, wyróżnia się na tle innych ruchów związanych z solidarnością w Europie?

- Uważam, że to było coś wyjątkowego. Sam nazywam w książce ten moment 1980 roku wielkim powrotem idei solidarności. Po II wojnie światowej właściwie cały język europejskiego humanizmu musiał zostać zakwestionowany ze względu na zbrodnie, które miały wówczas miejsce. Zachodnia cywilizacja pokazała, że dwukrotnie była zdolna do stworzenia kataklizmów na skalę globalną, których nie spodziewali się nawet najbardziej przenikliwi ludzie epoki.

W tym kontekście bardzo trudno było się odwoływać do wielkich słów, które opisywałyby ludzkość jako naznaczoną szczególnie szlachetnymi cechami. Jest to trudny koniunkturalnie moment dla terminu „solidarność”. Termin ten opisuje zdolność jednostki czy zbiorowości do „wychylenia się ku innemu”, do przekroczenia indywidualnych interesów na rzecz kogoś innego - ze wszystkimi tego konsekwencjami, niekiedy przecież trudnymi. Rok 1980 jest bardzo ciekawy, bo ludzie używają tego terminu wbrew jego ideologicznym nadużyciom (na przykład w autorytarnym, socjalistycznym państwie bardzo chętnie powoływano się na solidarnościowy internacjonalizm). Ten ruch społeczny starał się odzyskać słowo, które zostało zagarnięte przez bardzo wiele różnych prądów historycznych, i to się udało w niesłychanie spektakularny sposób.

W moim przekonaniu ruch „Solidarności” jest spełnieniem emancypacyjnej obietnicy nowoczesności. W 1980 roku robotnicy użyli sformułowania z Manifestu Komunistycznego Marksa i Engelsa „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Wprowadzają drobną korektę - wieszają transparent wzywający do łączenia się wszystkich zakładów, mobilizując siły zakładów pracy w Polsce do tego, żeby zacząć poważną rozmowę o świecie, w którym żyją, o poczuciu niesprawiedliwości, którego doświadczają, i o tym, że ludzie powinni mieć prawo kształtowania politycznej rzeczywistości.

To niesłychanie eksplozywny moment i bardzo oryginalny w tym sensie, że wydaje się ostatnim wielkim robotniczym zrywem, ponieważ wydarza się u schyłku przemysłowej nowoczesności. Dawny sposób organizacji produkcji w wielkich zakładach pracy, w których ludzie spędzali całe swoje życie zawodowe, właśnie się kończy. Od lat 80. coraz większą rolę zaczyna odgrywać komputeryzacja i informatyzacja, powstają boksy i open space’y, w których ludzie pracują obok siebie, ale odseparowani niskimi ściankami. Fabryczna organizacja pracy przestaje być dominującą formą, a tym samym kultura Zachodu traci kulturowe przestrzenie, w których ludzie ćwiczyli się w dobrych nawykach współpracy, bycia razem, wzajemnego zaufania. Robotnicy ze Stoczni Gdańskiej byli uosobieniem tej kultury - budowali statki, a jednocześnie robili polityczną rewolucję, domykając wielką tradycję robotniczej emancypacji.

- W książce pisze pan również o pojmowaniu solidarności w sposób wypaczony.

- Przyznam, że książkę napisałem trochę ze złości. My sobie dzisiaj chyba nazbyt często wyobrażamy, że solidarność to relacja społeczna, w której integrują się ludzie o tych samych poglądach, etnicznym pochodzeniu, żyjący tym samym stylem życia. A ja chciałem w tej książce pokazać, że kiedy kształtowały się nowoczesne społeczeństwa, pojęcie solidarności nie powstało dlatego, że ludzie chcieli być tacy sami. Przeciwnie: przemiany społeczne, zerwanie z tradycją życia wiejskiego i przepływ ludności do aglomeracji miejskich, dynamicznie zmieniająca się kultura życia codziennego sprawiały, że ludzie na coraz większą skalę dostawali życie we własne ręce i mogli je kształtować zgodnie z własną wolą. Próbowali realizować obietnicę nowoczesności, związaną z prawem do godności, do wolności, do równości i do wzajemnego solidarnego wspierania się w tym, by każda osoba miała możliwość realizowania własnych pragnień czy projektów życiowych. Proponuję dlatego metaforyczną definicję solidarności jako gotowości do „wychylania się ku innym” (inaczej myślącym, inaczej żyjącym itp.), by wspólnie z nimi tworzyć społeczeństwo. Pierwotnym żywiołem solidarności nie jest tożsamość, lecz różnica - różnorodność, w horyzoncie której ludzie szukają czynników, które pozwolą na nieprostą społeczną integrację.

- Przypomina mi to motto Unii Europejskiej: „Zjednoczeni w różnorodności”.

- To hasło łączy coś jednostkowego z czymś zbiorowym. Otwiera przestrzeń, w której jest miejsce nie tylko na wspólną tożsamość, ale przede wszystkim na różnice właśnie. Mówi o tym, że jeśli chcemy budować jakieś poczucie zbiorowości i przynależności, to nigdy przez eliminację różnic. Dlatego też, w miejsce nazbyt jednorodnej wspólnoty, solidarność tworzy - pozwólmy tu sobie na nieco słowotwórstwa - „różnotę”.

- Historia pokazuje jednak, że próbowano takiego „ujednolicenia społeczeństw”.

- Mówimy o totalitaryzmach XX wieku. Mogłoby się wydawać, że w komunizmie leninowskim i potem stalinowskim słowo solidarność powinno funkcjonować bardzo dobrze. Komunistyczni przywódcy inspirowali się tekstami Marksa czy szerzej - tradycją marksistowską (socjalistyczną i komunistyczną), a przecież tam termin „solidarność” był wyrazem walki robotniczej, walki klas. Tymczasem, jeśli przejrzymy wszystkie oficjalne teksty Lenina i Stalina, okaże się, że oni marginalizują znaczenie tego pojęcia.

Co ciekawe, Stalin właściwie używa pojęcia solidarności w pejoratywnym (dla niego) znaczeniu. Ponieważ tworzy system totalitarny, który znosi wszelkie możliwe różnice, nie jest w stanie zaakceptować różnorodności. Wszyscy muszą zostać podporządkowani jednemu celowi, jednej kulturze, jednej polityce, jednej partii i jednemu wodzowi.

Bardzo niepokojący jest także przykład Trzeciej Rzeszy. Nazistom zależało na przeciągnięciu na swoją stronę grup robotniczych, które do tej pory głosowały na socjaldemokratów i były bardzo przywiązane do tradycji socjalistycznej. Dochodzi do bardzo umiejętnych semantycznych przekłamań w języku propagandy nazistowskiej. Z jednej strony walczy się z solidarnością międzynarodową (internacjonalizmem komunistycznym), z drugiej mówi się o solidarności narodowej, w myśl której naród powinien wspierać sam siebie. Pojawiają się na przykład plakaty propagandowe z hasłami takimi jak „Naród pomaga sam sobie”. Trudno o bardziej kuriozalne formuły, które przeczą źródłowemu znaczeniu pojęcia.

Niemiecka propaganda lat 30. i 40. sprawiła, że to słowo i jego dotychczasowe znaczenie zostały zdegradowane. Termin „solidarność” (wykorzystywany chociażby w akcji tzw. Niemieckiej Pomocy Zimowej - Winterhilfswerk) został radykalnie zmanipulowany i wpleciony w egoistyczno-nacjonalistyczną narrację państwa totalitarnego.

Manipulatorów języka znamy od wieków. Ich zadaniem jest przejmować pewne słowa, wartości i znaczenia, aby wykorzystywać je do własnych celów politycznych. Niestety, tę tendencję obserwujemy także dziś.

- Skoro mówimy o czasach dzisiejszych, jakiej solidarności według pana potrzebujemy współcześnie?

Dr Jacek Kołtan podczas rozmowy

- My bardzo potrzebujemy kultury solidarności, to znaczy kultury, w której ludzie zdają sobie sprawę ze złożoności świata, współzależności jednych od drugich i w efekcie poczucia współodpowiedzialności. Żyjemy dziś w świecie radykalnego kwestionowania tej kultury. W wymiarze politycznym jest to szczególnie widoczne. Czasy, w których buduje się mury i rozpętuje wojny, są czasami, w których solidarność traci swoje uprzywilejowane miejsce.

Dlaczego? Ponieważ solidarność to bardzo kruchy twór. Istnieje wszędzie tam, gdzie ludzie gotowi są ćwiczyć się w solidarnych zachowaniach. Jeżeli takich ćwiczeń zabraknie w życiu codziennym i przestaniemy kształtować relacje, w których ludzie przyjmują takie zachowania jako naturalny nawyk, to solidarność zacznie zanikać. Solidarność żyje wszędzie tam, gdzie ludzie są gotowi wychylać się ku innym. Kiedy więc elity polityczne twierdzą, że to podejrzliwość powinna nieodłącznie towarzyszyć naszej codzienności, że siła, a nie kruchość relacji, które trzeba nieustannie pielęgnować, ma stać się normą codzienności, to jest to katastrofalna konstrukcja dla zachowań solidarnych.

Gdy popatrzymy dziś na wielkich politycznych liderów i wywoływane przez nich konflikty zbrojne, to widzimy świat, który odwraca się od tej bardzo delikatnej, kruchej struktury solidarności i demokracji. Solidarność jest bowiem głęboko demokratycznym pojęciem. Demokracja również jest kruchym systemem, bo jest oparta na solidarności: ludzie solidarnie gwarantują sobie nawzajem prawo do wolności, autonomii i równości.

Wolność, równość i solidarność to trzy pojęcia nieodłącznie ze sobą powiązane. Gdy któregoś brakuje, demokracja nie jest w stanie zaistnieć.

Wydaje mi się, że powinniśmy dzisiaj bardzo intensywnie przypominać o tym, że cała nowoczesność narodziła się z obietnicy bardziej sprawiedliwego, bardziej równego, wolnego i solidarnego świata. I to jest chyba ogromny problem dzisiejszych czasów, że nie zdajemy sobie sprawy, jak dramatyczna gra właśnie rozgrywa się nad naszymi głowami i co jest stawką w tej grze.

Wydaje się, że demokratyczna obietnica nowoczesności przestała być oczywista, że zapomnieliśmy o tym, co ona naprawdę dla nas znaczy. I że żyjemy w świecie, który bardzo radykalnie odwraca się od tego, co kruche, co delikatne i co wymaga permanentnego pielęgnowania, troski, wpisywania w codzienne nawyki, na rzecz logiki siły: silniejszy wygrywa. Solidarność to przecież opowieść o czymś radykalnie odmiennym.

- Książka była nominowana do licznych nagród (ostatnio do Nagrody im. Jerzego Giedroycia oraz Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera), kilkakrotnie zbierała laury (m.in. nagrodę Miasta Gdańska w dziedzinie kultury Splendor Gedanensis). Czym ta książka jest dla Pana - i co dla Pana znaczą przyznane wyróżnienia?

- Ta książka zabrała mnie w podróż, której się kompletnie nie spodziewałem. Najpierw sprawiła mi ogromną przyjemność, bo po raz pierwszy pisałem dużą rzecz w języku polskim (studiowałem w Niemczech i pierwszą książkę napisałem po niemiecku). Mogłem sobie pozwolić na gry metaforyką języka, na zabawę znaczeniami słów, na budowanie zdań czy konstrukcji, które otwierałyby nieoczywiste znaczenia, na prowokowanie do myślenia o zjawiskach na pozór oczywistych, o których tak naprawdę mało wiemy w polszczyźnie, która potrafi się do tego wyjątkowo dobrze nadawać.

Potem otrzymałem miłe opinie od recenzentów, a wreszcie nominacje i nagrody. Najpierw była nominacja do Nagrody im. Marcina Króla (moja książka znalazła się wśród pięciu wybranych do finału), potem za „Solidarność i nowoczesność…” dostałem nagrodę Miasta Gdańska w dziedzinie kultury Splendor Gedanensis, co było dla mnie niezwykłym doświadczeniem, bo przecież piszę o wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej i czynię stoczniowców wielkimi bohaterami tej opowieści. Następnie przyznano mi nagrodę Polskiego Towarzystwa Socjologicznego im. Zygmunta Baumana, którego piękne sformułowanie o tym, że w Stoczni Gdańskiej nie tylko produkowano statki, ale przede wszystkim wytwarzano więzi solidarności, można uznać za nieodłączny punkt odniesienia w badaniach, które przedstawiam.

Innymi słowy, patroni tych nagród i nominacji to właściwie moi intelektualni bohaterowie. Zygmunt Bauman i jego socjologiczna przenikliwość, Jerzy Giedroyć ze swoją otwartością i gotowością do myślenia o polskości jako projekcie politycznym otwartym na zróżnicowane etnosy, a nie zamykającym się w etnicznej pułapce. A przecież żyjemy dziś w Polsce coraz bardziej zróżnicowanej, na ulicach towarzyszy nam nieodłącznie język ukraiński, a osoby z Ukrainy stały się integralną częścią naszego społeczeństwa. My zaś poruszamy się między bezradnością i agresją wobec inności, wcale zresztą nie tak znowu radykalnie innej. Zamiast karmić się strachem, który generuje świat polityki, dajmy więcej miejsca na wyobraźnię i wrażliwość płynącą z solidarnościowych zachowań. Bauman, Tischner i Giedroyć to giganci takiej właśnie wrażliwości i wyobraźni.

Jestem więc po prostu onieśmielony tymi wyróżnieniami. Odczytuję je jako uznanie wobec wybranego tematu i zaproponowanej diagnozy - mamy dziś problem z solidarnością i musimy zacząć głośniej, ale też praktyczniej o niej mówić. Jeżeli moja książka miałaby pomóc w rozsądnej debacie o solidarności, jeśli trafia do ludzi i dotyka jakiejś delikatnej struny w ich umysłach i sercach, to daje mi to poczucie spełnienia. Idee naprawdę się liczą, są kluczem nie tylko do rozumienia, ale i do kształtowania naszego świata.

- Dziękuję za rozmowę!

Karolina Żuk-Wieczorkiewicz/CKiP; fot. Bartłomiej Jętczak