Czy rozwój turystyki ma swoje granice? O potrzebie odpowiedzialnego zarządzania ruchem turystycznym, ochronie jakości życia mieszkańców oraz wyzwaniach związanych z masową turystyką mówi prof. Monika Bąk z Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Gdańskiego w rozmowie z Joanną Wiśniowską na łamach „Gazety Wyborczej”.
W wielu wakacyjnych kurortach ludzie skarżą się, że tracą kontrolę nad codziennym życiem - problemem stało się dotarcie do lekarza czy zrobienie zakupów. Większa liczba turystów nie zawsze oznacza większe korzyści - komentuje ekonomistka z Uniwersytetu Gdańskiego.
Joanna Wiśniowska: "Tourists, go home!". Zobaczymy takie napisy na murach polskich miast?
Prof. Monika Bąk: Myślę, że nie jesteśmy jeszcze na takim etapie.
Jeszcze?
- Jeszcze.
Czyli nie wyklucza tego pani?
- Mam nadzieję, że nie dojdziemy do tego momentu. To doświadczenia Barcelony, Majorki czy Wenecji. Nikomu nie jest na rękę, żeby doprowadzić do takich okoliczności, jak te, które miały miejsce w tych miastach. To, że u nas będą sytuacje konfliktowe, to jasne, ale nie sądzę, że aż takie.
Ale my chyba rzadko wyciągamy wnioski z historii innych.
- Potrzebne nam zarządzanie ruchem turystycznym, po angielsku ładnie się to nazywa governance. W naszym języku nie ma dobrego odpowiednika tego słowa, więc mówimy o zarządzaniu. Chodzi o organizację ruchu turystycznego i takie jego planowanie, które pozwoli uniknąć zagrożeń związanych z turystyką, oddziaływających na mieszkańców i środowisko naturalne.
Czytaj cały wywiad